Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cel do zrealizowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cel do zrealizowania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 czerwca 2018

Korona Gór Polskich - czyli nowe postanowienie i pomysł na górskie wyprawy

Cześć i czołem :)
Zarówno ja jak i H. lubimy góry. Niedawno, w trakcie rozmowy, pokazywałam mu filmiki z Tatr i Pienin, planując wstępnie niektóre wyprawy w stylu gdzie, co i za ile.. I chyba od tego się na dobrą sprawę zaczęło. Korona Gór Polskich. No bo czemu nie?

Korona Gór Polskich to lista 28 szczytów poszczególnych pasm górskich w Polsce. Więcej informacji można znaleźć na oficjalnej stronie KGP - tutaj. Co prawda ani ja ani H. nie jesteśmy członkami tej organizacji, nawet nie mamy zamiaru na tę chwilę się starać o członkostwo, ale sama idea zdobycia wszystkich 28 szczytów jest na tyle ciekawa, że postanowiliśmy to uczynić.

Jak wspomniałam KGP to 28 szczytów:
1Rysy (wierzchołek graniczny) Tatry2499m
2Babia Góra (wierzchołek graniczny)Beskid Żywiecki1725m
3Śnieżka (wierzchołek graniczny)Karkonosze1603m
4Śnieżnik (wierzchołek graniczny)Masyw Śnieżnika1425m
5TarnicaBieszczady Zachodnie1346m
6TurbaczGorce1310m
7RadziejowaBeskid Sądecki1266m
8SkrzyczneBeskid Śląski1257m
9MogielicaBeskid Wyspowy1171m
10Wysoka KopaGóry Izerskie1126m
11Rudawiec (wierzchołek graniczny)Góry Bialskie1112m
12Orlica (wierzchołek graniczny)Góry Orlickie1084m
13Wysoka (Wysokie Skałki) (wierzchołek graniczny)Pieniny1050m
14Wielka SowaGóry Sowie1015m
15Lackowa (wierzchołek graniczny)Beskid Niski997m
16Kowadło (wierzchołek graniczny)Góry Złote989m
17JagodnaGóry Bystrzyckie977m
18SkalnikRudawy Janowickie945m
19WaligóraGóry Kamienne936m
20CzupelBeskid Mały933m
21Szczeliniec WielkiGóry Stołowe919m
22LubomirBeskid Makowski904m
23Biskupia Kopa (wierzchołek graniczny)Góry Opawskie889m
24ChełmiecGóry Wałbrzyskie851m
25Kłodzka GóraGóry Bardzkie765m
26SkopiecGóry Kaczawskie724m
27ŚlężaMasyw Ślęży718m
28ŁysicaGóry Świętokrzyskie612m

Przyznaję, że o wielu szczytach z tej listy po prostu nie słyszałam. Na niektórych byłam, niektóre szczyty były moim małym marzeniem (ogólna wyprawa w dane rejony). Ale zaczynamy razem od początku. Jako, że mieszkam (jeszcze, ale o tym w innym poście) we Wrocławiu, na pierwszy ogień poszła Ślęża. 

Nie wiem ile nam zajmie zdobywanie tych szczytów, bo oprócz wejścia na daną górą, chcemy pozdobywać też okolicznych braci i siostry. Poza tym musimy się też odpowiednio przygotować zarówno sprzętowo jak i kondycyjnie. Ale wiem jedno - zdobędziemy je wszystkie.

A Wy? Należycie do KGP? Zdobywacie dane szczyty? Może kiedyś spotkamy się na szlaku?
Pozdrawiam
Mirielka

piątek, 16 lutego 2018

Miesiąc bez papierosa :)

Jestem z siebie dumna. Serio. Powiedziałam sobie dość i się tego trzymam. Miesiąc bez papierosa. Jestem na dobrej drodze do całkowitego sukcesu.

Jak się z tym czuję? Lepiej. Dużo lepiej. Więcej śpię (aż mnie to przeraża), fakt, przytyłam, ale ogólnie czuję się w lepszej kondycji, a te kilogramy przecież zrzucę (ciągle sobie to powtarzam!), jedzenie inaczej smakuje, kurczę, tyle zapachów czuję. Odkrywam całkiem inny świat, świat, którego nie znałam do tej pory, a był obok mnie.

Czy zaoszczędziłam - ja bym ujęła to tak, gdybym wrzucała do skarbonki kasę za fajki, to pewnie miałabym teraz dodatkowe 300zł. Ale.. ja tych pieniędzy nie wydałam. One są, albo wydałam je na coś innego - na pociąg, na nowe dywany czy nowe książki. Wreszcie bez żalu mogę sobie kupić coś innego, a nie obliczać na co mi starczy, jak kupię fajki.

Oby tak dalej! :)


niedziela, 28 stycznia 2018

Walka z nałogiem czyli rzucam palenie.

Każdego roku, w sylwestra obiecuje sobie, że paczka, którą mam jest tą ostatnią. Znacie to? Tak, tak, rzucam palenie, jeden dzień kaca i poszukiwanie papierosów. A bo to fajne, a bo do kawy, a bo coś tam... Bo to tylko kilka papierosów, bo to dłuższa przerwa, a bo ktoś mnie wkurwił, a bo coś jeszcze innego - tysiące wymówek, żeby zapalić. Przecież rzucę jeśli będę chciała, ale teraz nie chcę, teraz muszę na dymka, bo ja po prostu lubię palić.
Takie oszukiwanie siebie, żeby się nie przyznawać jak słabym się jest. Fakt, lubię palić. Lubię trzymać papierosa i zapalić z poranną kawą. Są osoby, których bez papierosa sobie nie wyobrażam - Czubaszek czy Chmielewska. Moje idolki z młodzieńczych lat. Paliłam od 15 lat. Coś koło tego. Raz mniej, raz więcej. Fakt, potrafiłam nie palić kilka dni, ale później odbijało się to na mnie.
Nigdy nie pomyślałam, że zdrowie, że rak, że lepszy sen, że ciśnienie. Że oszczędniej jest nie palić. Po prostu to lubiłam. No i byłam uzależniona. Od tego trzymania, od wdychania, od palenia. Bo w grupie fajniej, bo palacze się szybciej integrują.
Nie zwracałam uwagi, jak mocno mnie to wyniszczało. Jak nakręcało.

Mój organizm czasami dawał mi znać, że już czas skończyć, że on już nie chce. A ja lubię słuchać swojego organizmu. Tylko musiałam trafić na TEN MOMENT. Bo to też jest ważne. Moment, w którym chcesz sobie powiedzieć DOŚĆ. STOP. Mając pewne argumenty i spokój. Bo rzucanie palenia i walka z własną słabością wymaga zarówno odwagi jak i siły. Spokoju. Wyciszenia. Zacząć jest łatwo. Skończyć już gorzej, szczególnie po tylu latach.

Ja trafiłam na swój moment. Pojechałam na urlop. Po prostu pojechałam na urlop. Z jedną paczką papierosów. Na piękne zadupie. Spędzałam tam swoje urodziny. Spadł śnieg. Pierwszy raz paczka papierosów starczyła mi na 5 dni. Zazwyczaj ledwie jeden. Było fajnie. Wtedy poczułam, że to jest TEN MOMENT. Zgasiłam bez żalu ostatniego papierosa. I jak na razie udaje mi się nie sięgnąć po fajki. Ściągnęłam sobie aplikację na telefon, która codziennie mówi mi "brawo, kolejny zwycięski dzień", a ja się czuję coraz lepiej.

Dlaczego spokój w rzucaniu jest ważny? Bo jak tylko wróciłam z urlopu (na urlopie ani przez pół sekundy nie chciałam zapalić), to momentalnie chcica - w pracy zawirowania, natłok myśli, totalne wkurwienie na wszystko. Pośpiech. Na urlopie chillout. Ale daję radę. Niby tylko niecałe dwa tygodnie minęły. Ale dla mnie to dużo. Wg mojej aplikacji nie spaliłam 164 papierosów. Zaoszczędziłam 100zł(+) - i wydałam je na nowy dywan. Kurczę, rozrzutnie, co nie?

Czuję się lepiej - zaczęłam lepiej sypiać, powietrze inaczej pachnie, jedzenie smakuje, mam więcej czasu. Co prawda zaczęłam więcej jeść i emocjonalnie jestem huśtawką, ale to minie. Trzymajcie kciuki, abym za rok powiedziała - udało mi się!

sobota, 1 lipca 2017

Podsumowanie półrocza i postanowienia na kolejne miesiące

Hei!
Pierwszy lipca to doskonały moment, żeby zrobić mały rachunek sumienia i spojrzeć za siebie. W tamtym roku totalnie się zatrzymałam. Ba! Podejrzewam, że zrobiłam nawet wiele kroków wstecz. Jako było w tym?

Początkowo trwałam w jakimś półśnie, marząc i nie mogąc się dobudzić. Ale muszę przyznać, że z dnia na dzień moja determinacja i chęć zmiany całego swojego życia brały górę. Bo tu już nie chodzi tylko o sport i fit-życie. Chodzi o całokształt. Może to też dlatego, że poznałam kogoś, kto przebił się przez większość otaczających mnie murów i po prostu powiedział Kocham Cię, jesteś  Moim Światem. I zaczął mi to pokazywać? Zapomniałam jak wiele znaczy uśmiech. Zapomniałam o tym, ile uroku i piękna ten uśmiech mi daje. Nie spoglądam już na siebie z obrzydzeniem, kiedy patrzę w lustro. Teraz widzę, że jestem fajną, młodą kobietą, która przed sobą ma całe życie. A obok mnie jest M., który wspiera i nie pozwala mi na złe myśli. Dużo jeszcze pracy przede mną, ale teraz mam więcej siły i motywacji.

Jednym z moich postanowień była zmiana pracy, bo w swojej po prostu się mocno wypaliłam. I wiecie co? W ciągu jakichś trzech miesięcy otrzymałam dwa awanse. Aktualnie jestem zastępcą kierownika i w tej roli czuję się dobrze. Więcej obowiązków ale i więcej frajdy. I czuję, że dziewczyny mnie uwielbiają. Przychodzą po wsparcie i siłę. A ja im to daję. Bez problemu! Wcześniej warczałam na cały świat, a teraz? Uśmiech na twarzy i ciągły ruch. Nadal co prawda przyciągam problemy, ale moje postrzeganie ludzi się zmieniło. Czuję, że mogę pokonać każdą przeszkodę.

Moje ciało się zmienia, tak samo jak gust. Nie jestem już nastolatką, więc inaczej muszę o siebie i swoje ciało zadbać. Zarówno od środka, jak i na zewnątrz. I tutaj też widzę zmiany. Zaczynam się dobrze czuć w swoim ciele i chcę je pielęgnować. Jak ciało kobiety. Czyżby to była miłość? ;)

Ogólnie, mimo iż nie mam spektakularnych osiągnięć na polu swojej aktywności fizycznej, zmiany jakie zaszły w moim życiu dały mi niezłego kopa. Powróciłam do hantli i ćwiczeń, zakupiłam karnet na siłownię i mam zamiar zamienić swój rower na pojazd a nie wieszak na ubrania.

Co do kolejnych miesięcy, mam nadzieję, że duch i zapał, jaki we mnie teraz jest pozwoli mi na dalszy rozwój. Przede wszystkim osobisty. Powróciła mi chęć na zwiedzanie i eksplorowanie nowych miejsc. Chcę powrócić do nauki języka fińskiego i wzmocnić swój angielski. Powróciłam do czytania i chcę znowu rozwijać swoją biblioteczkę. Z czasem powrócić do postcrossingu, bo pasja wiecznie żywa. Zakupić wreszcie pojki i wrócić do kręcenia. I po prostu żyć pełną piersią. Z M. przy boku. Dla samej siebie. I dla niego. Bo teraz wiem, że warto.

I trochę zmieni się ten blog. Nie będzie tylko i wyłącznie walką o bycie fit. Bo była to walka z góry skazana na porażkę. Będzie to walka o mnie samą. O zdrowe ciało, piękną figurę i przede wszystkim o szczęśliwą duszę. Bo od tego powinnam zacząć.

Trzymajcie kciuki!

piątek, 9 czerwca 2017

Wyzwanie tysiąca kroków - podsumowanie

Dzień dobry Kochani!
W moim poprzednim poście (za co mam ochotę pierdzielnąć sobie w łeb) pisałam o wyzwaniu krokowym. Że do końca marca chce wykonać 250 000 kroków. Wyzwanie się do końca nie udało, zabrakło mi jakichś 43 000.  Suma wykonanych kroków to: 207560/250000.

Aplikacja liczy dalej, chociaż ostatnio jestem zbyt zalatana, by monitorować swój sen, wodę i kroki. A ja z ciekawości sprawdziłam co i jak. Aktualnie mogę stwierdzić, że najaktywniejszym miesiącem do tej pory był maj.
Luty: 21.000
Marzec: 186.560
Kwiecień: 169.165
Maj: 201.355
Czerwiec: 43.521
Łącznie na dzień dzisiejszy: 582.432. (chociaż aplikacja twierdzi, że mam 621.314)

Sprawdzając aktywność w aplikacji, widzę, że wiele dni mam zupełnie pustych, jakbym się nigdzie nie ruszała, możliwe, że to były dni bez telefonu. Musiałabym mieć albo futerał na telefon, albo zegarek, który mierzy kroki. Nie jest tragicznie, chociaż mogłoby być lepiej.
W każdym razie aplikacja działa dalej w tle, a ja muszę się wziąć w garść.
Miłego dnia!

wtorek, 28 lutego 2017

Wyzwanie tysiąca kroków

Zawsze mi się wydawało, że dużo chodzę. Fakt, w pracy potrafię przez kilka godzin zrobić kilka km, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym ile to jest. No bo skoro czuje, ze chodzę dużo to pewnie tak jest, czyż nie?
Otóż nie. Koleżanka z pracy pokazała mi fajną apkę do Samsunga S Health (klik lub klik), którą można mieć na każdym telefonie, a która przede wszystkim mierzy nam ilość wykonanych kroków. Z pewnością siebie, stwierdziłam, ze 6 tysięcy kroków dziennie to pikuś. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jednak nie wykonuje takiej ilości kroków. Fakt, w drodze do i z pracy, jestem w stanie osiągnąć zalecany wynik, ale po pracy osiadam. A dla zdrowia zalecane jest pokonanie ok. 10 000 kroków (co daje nam jakieś 8km). Aplikacja ta dała mi jakiś taki namacalny cel, który sobie narzuciłam. Bo dopóki nie zmierzyłam, wydawało mi się, że coś jest ok. A nie jest.

Wraz z koleżanką, rzuciłyśmy sobie wyzwanie która pierwsza osiągnie zalecany pułap kroków. Niby nic, niby śmieszne wyzwanie, ale daje jakiś cel, chęć wygranej i co najważniejsze - rusza. Wcześniej z lenistwa podjeżdżałam do pracy tramwajem. Teraz wolę się przejść. Raz że świeże powietrze (no, w jakimś tam stopniu), dwa, że nabijam te kroki. Wczoraj w pracy zrobiłam ponad 8 tysięcy kroków. A są ludzie, którzy nie robią nawet 3 tysięcy.

Rzucam sobie wyzwanie (bo lubię wyzwania, motywują mnie i uczą systematyczności), żeby do końca marca 2017 roku wykonać 250 000 kroków (zaczynając od dzisiaj). Chce się ktoś przyłączyć?


niedziela, 25 września 2016

Hey! Wake up!

Poranna kawa, poranny papieros, piękna i chłodna jesienna pogoda. Mamy prawie październik, a ja ten rok.. po prostu przewegetowałam. Nie powiem, że nie było momentów, tych szczęśliwych momentów, ale wszystkie moje plany i ambicje gdzieś się zgubiły po drodze. Trzeba się wreszcie obudzić i ruszyć do przodu. Zacząć iść z podniesioną głową, zawalczyć o siebie, uśmiechnąć się, powiedzieć "hej, jesteś silną i piękną kobietą!".
Do końca roku nie zdążę, ale kto mi zabroni rozpocząć wszystko we wrześniu? Żeby było 365 dni. Czy to ma jakieś znaczenie? Ważne, że w mojej duszy obudził się głos i krzyknął "hey! wake up!"

Ostatnio stanęłam przed lustrem, rozpuściłam włosy, ubrałam małą czarną. I wiem, kiedy chcę aby ten zestaw był olśniewający, wiem, jak chcę wyglądać w tej sukience i w tych rozpuszczonych włosach, komu się pokazać. Trochę mi brakuje.

Widziałam w jego oczach iskrę, chcę zobaczyć płomień. I do samej siebie w lustrze powiedzieć "podobasz mi się".

Najtrudniejszy jest pierwszy krok. Trzeba wstać, poprawić koronę i powiedzieć sobie "dzisiaj, dzisiaj jest pierwszy dzień aktualizacji. Już niedługo z najgorszej wersji siebie, będę tą najlepszą."

Tak chcę, tak pragnę.

Po prostu tu wracam.


niedziela, 10 maja 2015

Czas start!

Nie lubię swojego "i tak się nie uda". Poddaję się na starcie. Jak mi się popsuł rower, to po co dalej ćwiczyć, hę?
Poza tym, plany, mimo iż dobre, są dla mnie wymówką "mało tego, zrobię jutro".
Więc jutro zaczyna się dzisiaj.
Start: 10.05.2015
Koniec: 1.08.2015

Dlaczego taka data? Bo wtedy zobaczę się z kimś. I do tego czasu chcę zmienić siebie, swój wygląd i zachowanie. Mam niespełna 3 miesiące.
Ogólne założenia:
10kg w dół od teraz. Bo ostatnio zamiast chudnąć, to tyję.
6000 powtórzeń hantlami
1000 przysiadów
1000 brzuszków
750 pompek
Naprawić rower (ale czekam na zwrot podatku)
Bieganie!
50h aktywności fizycznej różnej (przede wszystkim fitness)
Dieta. Najważniejsza dieta.
Zmienić swój sposób nastawienia.
Zadbać o siebie.

To są tylko i aż trzy miesiące na zmiany. Na początek zmian. Bo za rok, chcę chodzić w ładnych, krótkich sukienkach.

Trzymajcie kciuki.

środa, 1 kwietnia 2015

Plan na kwiecień

Marcowy plan się nie powiódł. Zawodzę przede wszystkim ja i moje podejście. Ale stawianie sobie celów samo w sobie jest dobre. Nawet jeśli nie wszystkie zrealizuję, to przynajmniej próbuję. A potem idzie to w nawyk, bo chce pokonać własne słabości.

Dlatego plan na kwiecień jest taki:
* min. 5kg w dół
* min. 60km przechodzonych
* min. 50km na rowerze przejechanych
* min. 10km przebiegniętych
* min. 15h aktywności fizycznej
* min. 2000 machnięć hantlami
* min. 500 przysiadów
* min. 100 pompek
* min. 500 brzuszków
* odstawienie coli i pepsi
* więcej zdrowego jedzenia - warzyw, owoców, pełnoziarnistych produktów, przewaga białka

Nie mogę dać sobie furtki w stylu "jeśli pozwoli.... to" bo wtedy nic z tego. I trzeba zwalczyć lenistwo. Na już!

wtorek, 31 marca 2015

Podsumowanie marca

Cześć Moi Drodzy :)
Marzec się kończy, czas na podsumowanie planu marcowego. Od razu biję się w pierś - nie wyszło do końca. Wręcz powinnam powiedzieć, tylko niektóre rzeczy udało mi się zrealizować.

Plan na marzec był następujący:
* min. 3kg mniej - niestety, udało mi się zrzucić tylko 1,7kg. Zważywszy na moją walkę z wahaniami wagi nie jest to aż tak zły wynik. Ale mogło być lepiej. Wina mojego nieregularnego jedzenia, podjadania na szybko i braku czasu - mocno do poprawy!
* min. 60km przechodzonych - tutaj mi trochę zabrakło. Ostatnio pogoda nas nie rozpieszczała, ciągłe deszcze nie zachęcały do spacerów. Ogólnie zrobiłam 56/60km. Jest dobrze.
* min. 1000 machnięć hantlami.- tysiąc przekroczony. Ale uważam, że to jest stanowczo za mało. Nie ćwiczyłam codziennie, a na biuście, wzmocnieniu ramion i barków ostatnio bardzo mi zależy. I chociaż 1140 powtórzeń zrobiłam, to jest to zdecydowanie za mało.
* min. 500 przysiadów zrobionych - przysiady całkowicie odpuściłam. Zrobiłam ich jedynie 110. Stanowczo za mało.
* min. 10h ćwiczeń w miesiącu - No tutaj ogólnie nie jest źle, bo samej aktywności fizycznej w formie różnych ćwiczeń miałam aż 16h. Jest dobrze.
* odstawienie coca coli cherry w pracy (bo tylko w pracy piję gazowane) - poległam. Ograniczyłam, ale poległam. No i pepsi to przecież nie cherry coke. Durnowate myślenie.
* w połowie marca (jak pogoda pozwoli, a wierzę, że pozwoli) rozpocząć sezon rowerowy - min. 50km na rowerze - ani kilometra. Rower jak stał, tak stał i się kurzy. Nie ma znaczenia to, że kiedy było piękne, cieplutkie słoneczko a pogoda w sam raz to siedziałam w pracy.
* przełamać barierę i zacząć biegać (najpierw marszobiegi, potem próby biegania) - podjęłam pierwszą próbę. I myślę, że będę podejmować te próby coraz częściej.

Ogólnie marzec był złym miesiącem. Ciągła praca, wieczne zmęczenie, dziwne zmiany, deszcz i zimno. Nie mam osiągnięć takich, jak sobie zaplanowałam, a były to jasne plany. Po drugie, nie mogę powiedzieć, że mi się chciało - wręcz przeciwnie. Czasami wolałam siąść na pupie, obejrzeć film i mieć gdzieś, że mogłabym wyjść na rower. A mogłabym. Fizyczne zmęczenie nie jest takie złe.

Dobra, trzeba szykować plan na kwiecień. Tym razem się uda!

piątek, 6 marca 2015

Plan na marzec

Jako, że znowu postanowiłam porządnie się za siebie zabrać, od lutego mam już małe sukcesy. Pierwsze 1,5kg stracone, wolno bo wolno ale raz na zawsze.

Mój plan na marzec wygląda następująco:
* min. 3kg mniej.
* min. 60km przechodzonych
* min. 1000 machnięć hantlami.
* min. 500 przysiadów zrobionych
* min. 10h ćwiczeń w miesiącu
* odstawienie coca coli cherry w pracy (bo tylko w pracy piję gazowane)
* w połowie marca (jak pogoda pozwoli, a wierzę, że pozwoli) rozpocząć sezon rowerowy - min. 50km na rowerze
* przełamać barierę i zacząć biegać (najpierw marszobiegi, potem próby biegania)

To mój plan minimum na marzec. Koniec opierdalania się, bo figura i zdrowie z powietrza się nie biorą.
Zdrowiej jeść zaczęłam. Więcej ryb, więcej drobiu, więcej gotować, więcej warzyw.

Co piątek planuję się ważyć. Myślę, że codziennie nie ma sensu, a jednak da mi to kontrolę nad tym co i jak. I raz na tydzień pomiary. To też ładnie kontroluje. I nie ma że boli.
Mam ogólnie kilka celów, do których chcę zejść. Wiem, że mi się uda. Może z lekkim poślizgiem, bo nie wiem jak ciało będzie reagować, ale do końca roku chcę jakieś 15kg zrzucić. Skoro inni potrafią, to dlaczego ja nie?
Trzymajcie kciuki!

czwartek, 1 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014 i cele na 2015 rok.

Nowy rok, nowe możliwości, nowe nadzieje. Rok 2014 był dla mnie rokiem przede wszystkim wegetacji, szczególnie w pierwszej połowie. Przyniósł kilka smutków, błędnych decyzji, ale też i nadziei i małych sukcesów.

Niestety, skupiając się przede wszystkim na pracy zaniedbałam siebie i swoje postanowienia fitnessowe. Nie mówiąc już o blogu. Miał być odskocznią, motywacją, a w pewnym momencie stał się milczącym wyrzutem sumienia. Bo osiągnęłam tylko dwa satysfakcjonujące mnie rezultaty - aktywność fizyczną w ilości ponad 100h oraz pokonanych 250km piechotą (liczba ta zbliżyła się do 500km!). Kompletnie zaniedbałam rower, ale zaniedbałam też ciężary, fitness, ćwiczenia dywanowe, siłownię, basen i przede wszystkim bieganie. Nie jestem z tego powodu dumna, a patrząc na siebie mam żal do samej siebie.

Nowy rok to nowy początek. Nie zamierzam robić postanowień, które nie dadzą mi satysfakcji. Ale muszę sobie dać pewne pułapy, bo tak mi jest łatwiej. Przede wszystkim muszę zacząć jeść. Mój organizm potrzebuje zdrowego posiłku, a metabolizm mam porządnie rozwalony. Jest to mój największy błąd, jaki popełniałam. Głodziłam organizm, jadłam mało i rzadko, a jak już coś przyjmowałam to w biegu, często zapełniając żołądek pustymi kaloriami. Oprócz problemów z organizmem, mam też problemy z brakiem minerałów i witamin (ale czy można się dziwić?). Włosy stały się matowe, a paznokcie połamane i rozdwojone.

Dlatego moim pierwszym celem na nowy rok jest porządna i trwała zmiana nawyków żywieniowych, zmiana sposobu jedzenia i przede wszystkim jedzenie. Kiedyś lubiłam gotować, potem wymawiałam się tym, że dla samej siebie nie warto, ale przecież... tak jest lepiej! I ileż satysfakcji.

Moim drugim celem jest aktywne prowadzenie bloga, który w swoim założeniu miał pomagać w walce. I będzie. Chcę wrzucać swoje przemyślenia, radości, smutki, cele, osiągnięcia, rezultaty, porażki, przepisy - wszystko, co dotyczy mnie i mojej walki o mnie samą. Chcę, aby blog dawał mi radość i satysfakcję, bym mogła się z Wami podzielić tym co ważne, a nie ukrywać, bo głupio i wstyd i zaniedbuję tę ważną część mojego życia.

Po trzecie wprowadzić stałą aktywność fizyczną. Przestać stosować wymówki, a bo już późno, a bo po pracy, a bo to, a bo tamto. Nie chcę tracić czasu na pierdoły, tylko spożytkować o na coś istotnego. Codzienna aktywność, nawet lekkie ćwiczenia pomogą na początku. Co prawda, mój organizm jest mocno zaniedbany, więc taką typową aktywność fizyczną planuję rozpocząć od wiosny (okolice marca - sezon rowerowy), ale aby móc przyzwyczaić siebie i swoje ciało do wysiłku codziennie trzeba coś ze sobą robić.Chcę też zacząć biegać (i ciągle coś staje na przeszkodzie)

Po czwarte, bardziej się przygotować do tego i zamiast wydawać na głupoty zainwestować w kilka sprzętów i akcesoriów. Przede wszystkim muszę kupić wagę, pomagała kontrolować siebie. Zauważyłam, że jak nie mam wagi, odpuszczam. Waga jest w pewnym sensie moim biczem, moim strażnikiem. Po drugie muszę zainwestować w hantle. Te co mam, są za słabe. W przyszłości fajnie by było zainwestować w ławeczkę, ale to jest zbyt odległe jak na dzień dzisiejszy.

Piątym celem jest niejako próba odzyskania swoich dawnych fitnessowych zainteresowań i powrót do pewnych aktywności fizycznych. Kiedyś "ćwiczyłam" kendo, firedance, miałam katanę - chciałabym chociaż częściowo do tego wrócić. Może mam jeszcze jakąś szansę, dla siebie. Dla swojej własnej satysfakcji. Wiem, że powrót do tego zajmie mi więcej czasu i energii niż potrzebowałabym w innych okolicznościach, jednak wierzę, że pod koniec tego roku powiem z dumą, że mi się udało zrealizować to wszystko chociaż w części.

To są moje cele na ten rok. Być lepszą wersją samej siebie, osiągnąć więcej niż w roku ubiegłym. Żebym była dumna z samej siebie, żebym mogła powiedzieć "zwyciężyłam". Żebym pokonała swoje słabości i miała siłę. Wierzę, że mi się to uda.


A Wam życzę wszystkiego co najlepsze i spełnienia wszystkich celów, marzeń i założeń, szczęścia i zdrowia. I tego czegoś, co pragniecie!

czwartek, 26 czerwca 2014

Pół roku - proszę o doping i baty :)

Jestem leniwcem. I mam słomiany zapał.
Ciągle sobie narzucam jakieś cele, pełen zapał dwa dni a potem? Potem powrót do starych i bardzo złych nawyków. Zanim się przeprowadziłam do Wrocławia, to prawie dzień w dzień jeździłam na rowerze czy byłam na spacerze i ćwiczyłam. Efekt wizualne, wagowe i obwodowe były. A potem? A potem zmieniłam miejsce zamieszkania - szybkie jedzenie, bo czasu brak na śniadanie, śmieciowe jedzenie, praca w dziwnych godzinach więc i zero ochoty na ćwiczenia, albo ćwiczenia nieregularne.
A nie wróć, jakie ćwiczenia? Przysiady, trochę aktywności, ale to nic. Wróciły złe nawyki, wróciło lenistwo. Wróciła waga i wymiary, może nie aż tak drastycznie, ale jest źle i nie chcę na siebie patrzeć.

Mój rower znowu wylądował na gwarancji w naprawie, więc nie mam tego "mojego" drugiego. Więc nie jeżdżę tak często. Pada deszcz? Brak ubrań ergo znowu rower w odstawce. Nieregularne godziny pracy? Siłownia i fitness odpadają. Zawsze znajduję wymówki. ZAWSZE. Aż mi się żal robi samej siebie. Bo szkodzę sobie niesamowicie.

Ale jest coś, co sprawiło, że obiecałam sobie i nie tylko sobie pewną zmianę. Ktoś cholernie mi bliski, przyjaciel, bratnia dusza i.. ktoś znacznie ważniejszy, wyjeżdża. Wyjeżdża do Irlandii.
Chcę żeby był ze mnie dumny. Chcę też, aby moja tęsknota zamieniła się w coś pożytecznego. Żebym w końcu zaczęła realizować siebie.
Powiedziałam mu "za pół roku mnie nie poznasz". I tego słowa dotrzymam.
Tylko nie chodzi tutaj o samo ciało, chociaż ono dawało mi pewność siebie. Chodzi też o mój charakter, o mój rozwój.
Proszę o doping. I o baty, gdyby ktoś zauważył, że się opierdalam.

Załatwiam sobie abonament OK system, bo siłownie i fitnessy we Wrocławiu są dosyć drogie, mam zamiar w sobotę utopić smutki na siłowni, znaleźć bratnią duszę do ćwiczeń. Żeby mnie też motywowała.
Za pół roku  nie obiecuję sobie bóg wie czego. Za pół roku chcę, aby te zmiany były widoczne, ale na tym się nie skończy. To jest chyba moje najwazniejsze postanowienie.
Powrót do zdrowego odżywiania i przede wszystkiem - regularnego. Powrót do aktywności fizycznej, ćwiczenia, modyfikacja własnego ciała. I realizowanie się krok po kroku.

Żebym mogła powiedzieć "jestem z siebie dumna"