poniedziałek, 5 maja 2014

Kwietniowa porażka, majowe nadzieje

Kwiecień to dla mnie udręka, zarówno pod względem psychicznym jak i fizycznym. Zaniedbałam nie tylko bloga, ale i swoją aktywność. Może jednak uznać, że nareszcie wiem co mi jest.
Wszystko zaczęło się od pewnego momentu, w którym zauważyłam że puchnę. Nie tyle że tyłam, co byłam opuchnięta i rozszerzona. Ale to była nowa praca, jedzenie w biegu, waga podskoczyła do góry, no i zima. Ale przyszedł marzec, a po nim kwiecień a sytuacja była coraz gorsza. Potem śmierć babci, pogrzeb, stresy większe w pracy no i się zaczęło. Moja opuchlizna nie tylko się powiększyła, ale i mnie wybrzuszyła w okolicach żeber. Zaczęło boleć, zwijałam się z bólu, udałam się do lekarza. Tego samego dnia wylądowałam w szpitalu. Badania, jeszcze raz badania i więcej badań. W szpitalu zamiast porobić mi ważne badania,dali ketonalu i przeciwzapalne tabletki - wyszłam powiedzmy, że o własnych siłach. Potem prawie dwa tygodnie L4 i leczenie na różne rzeczy. Dopiero pod koniec i kolejnych badaniach, okazało się, że chociaż jest źle, to wszystko przez stres. Mam nadwrażliwe jelita, które pod wpływem stresu anormalnie się kurczą. Przez to zapalenie, przez to powiększenie i przez to wypychanie na zewnątrz. Nakaz: tabletki, spokój i brak aktywności przez długi czas. Dlatego wyszło jak wyszło - zero roweru, kilka spacerów, trochę ciężarków. Co próbowałam poćwiczyć (nawet jogę w domu) od razu ból i zwiększenie mojego wybrzuszenia. Odpuściłam. Czekałam do maja. Jest dobrze. Tabletki pomagają, opuchlizna się zmniejsza, pomierzyłam się, zaczynam wracać do normalności. Bo mi ten brak ruchu, ćwiczeń i moja fizyczność bardzo przeszkadzają.

Zaliczyłam już wspinaczkę pod Górę Ślężę. Właściwie bez przygotowania, znajomości terenu i szlaku - co było nieodpowiednie z mojej (naszej) strony, ale satysfakcja ogromna! Że mimo bólu, mimo choroby, mimo braku przygotowania ten 10km spacerek nam się udał. Było trudno, ale cóż to jest? Bywały i inne, przyjemniejsze i trudniejsze trasy bądź szlaki. Ale jestem z siebie dumna.
Poza tym inne, krótsze bądź dłuższe spacery czy aktywność fizyczna i maj zaczyna się w moich oczach dobrze.



A teraz powrót do normalności. Trzymajcie kciuki!

11 komentarzy:

  1. Bo kwiecień to plecień, w maj będzie zdecydowanie lepiej;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma innej opcji ;) Musi być :)

      Usuń
  2. Maj będzie o wiele lepszy na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oby maj był lepszy. Trzymam kciuki! ;)
    Ważne, że się nie poddajesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z której strony podchodziłaś na Ślężę? Też ją niedawno zaliczyłam :) i również mój kwiecień był kiepski, ale za to maj... Czuję, że będzie git!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od strony Sobótki Zachodniej (o czym się dowiedziałam na szczycie), nie wiedziałam, że są inne szlaki ^.^ I kilka razy po drodze się dodatkowo zgubiliśmy :P tzn zboczyliśmy ze szlaku :P

      Usuń
    2. Spróbuj kiedyś od strony skansenu w Będkowicach, super jest :)

      Usuń
  5. Jak czytam posty to co druga osoba miała kiepski Kwiecień i ja też :) Wyjście w góry to dla mnie zawsze była świetna terapia, nie tyle dla ciała co dla ducha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, coś w tym jest, bo też o tym słyszę :)
      A góry dodały mi sił :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze i za wsparcie, jakie mi okazujecie. To dla mnie bardzo ważne.